|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Kazanie na Dzień Zaduszny. |
Z "Requiem" bije przerażenie i fascynacja tajemnicą śmierci widzianej twarzą w twarz, z trudem natomiast, i tylko w pewnych momentach, przebijają się w tej dramatycznej, burzliwej kompozycji motywy spokoju i pojednania. Wszyscy chyba znamy legendę o niezwykłej genezie dzieła, o tajemniczym zleceniodawcy i o rosnącym przeświadczeniu Mozarta, że pisze "Requiem" dla siebie samego. Utwór pozostał niedokończony, ale jest czymś zupełnie innym niż słynne preludium chorałowe Bacha, które również przerwała śmierć i w którym możemy usłyszeć głęboki spokój barokowej chwały niebios. Bach jest odkrywcą harmonii odwiecznego ładu. Mozart, przynajmniej w tej kompozycji, jest przedstawicielem naszej epoki lęków i pytań - tradycyjny porządek już nie istnieje, a świat perfumowanych peruk, frywolnej kokieterii i salonowego ateizmu oświeceniowych mędrków nie znajdzie odpowiedzi na kataklizmy, które wkrótce wstrząsną Europą. Śmierć nieustannie kroczy polem żywych, a pytań przez nią wywołanych nie da się już stłumić. Temat śmierci domaga się odpowiedzi o charakterze religijnym.
Śmierć jako komiks
Starożytny filozof Epikur twierdził: "śmiercią nie muszę się przejmować: kiedy my jesteśmy, nie ma śmierci - a kiedy jest śmierć, wtedy nas nie ma". Myślę, że ta sentencja, którą kieruje się wielu ludzi, jest niebezpiecznie powierzchowna i nieprawdziwa w obu swych członach. Zastanówmy się najpierw nad tym, w jaki sposób jest śmierć, kiedy my jesteśmy? (czyli w jaki sposób śmierć jest obecna już w naszym życiu), a potem nad tym, w jaki sposób jesteśmy my wtedy, kiedy przejdziemy przez bramę śmierci - w jaki sposób po śmierci trwa albo przemienia się nasze życie.
O tej pierwszej sytuacji możemy mówić na podstawie własnych doświadczeń. Śmierć jest nieusuwalnie obecna w naszym życiu przede wszystkim przez śmierć innych, zwłaszcza tych, którzy są nam bliscy. Również świadomość własnej śmierci, własnej skończoności, jest jedną z owych cech, które prawdopodobnie odróżniają człowieka od wszystkich pozostałych stworzeń. Tak: śmierć w różny sposób zagląda nam przez ramię", jak to zostało pokazane na słynnym obrazie Dürera. Kto jednak ma odwagę spojrzeć śmierci w oczy?
Można by tu naszkicować historię ludzkich uników przed śmiercią, począwszy od czasów starożytnych po współczesność. To wymigiwanie się jest czymś ludzkim i zrozumiałym - gdyby człowiek był stale zaabsorbowany myślą o zbliżającej się śmierci, nie mógłby żyć pełnią życia, wykonywać wszystkich swoich zadań i cieszyć się zwykłymi drobiazgami. Ale jest też odwrotnie. Ludzie, którzy kiedyś znaleźli się w tak zwanym przedsionku śmierci, nierzadko potrafią przeżywać swoje życie - o którego kruchości i nieoczywistości mogli się przekonać - w sposób pełniejszy, z większą wrażliwością i wdzięcznością.
Większość kultur i nurtów religijnych pojmowała całe życie człowieka jako dojrzewanie do śmierci, a śmierć jako cel lub uroczyste przejście, nie zaś jako przerażający koniec i zapadnięcie się w pustkę. Dziś jednak jesteśmy częścią kultury, która boi się tego zjawiska i unika go, podobnie jak innych wielkich tematów. Kiedy człowiek obecny jest przy porodzie lub przy śmierci, to z reguły takie przeżycie wstrząsa nim i posuwa go o krok dalej. Dotknięcie granicy życia jest dotknięciem sacrum; tego rodzaju doświadczenie człowiek musi głęboko przetrawić. My jednak właśnie takie doświadczenia odsuwamy daleko od siebie. Iluż ludzi umiera z dala od swoich bliskich, choć akurat w tej decydującej chwili tęskni za ich bliskością!
Istnieją społeczności, które temat śmierci ukrywają i cenzurują, żeby ludzie, o ile to możliwe, w ogóle się z nim nie zetknęli. Czynią tak chyba dlatego, że nie mają odpowiedzi na pytania, które są istotowo złączone z tematem śmierci: na pytanie o duszę, o nieśmiertelność, o wartość i sens życia, o to, jak przetrzymać także tę ostatnią próbę, na pytanie o Boga. W czasach reżimu komunistycznego w Czechosłowacji wyszło ponoć zarządzenie, że karawany powinny jeździć tylko w nocy, by ludzie pracy nie byli niepokojeni niewłaściwymi tematami, które mogłyby ich odwieść od konstruktywnego optymizmu.
Dziś, jak się wydaje, popadliśmy w drugi ekstremizm - fascynację śmiercią. Kiedy włączycie o pewnych godzinach telewizję, zwłaszcza programy na kanałach komercyjnych, ujrzycie na przemian albo seks, albo zabijanie. Chrześcijan najczęściej gorszy pokazywanie seksu. Ale może warto by się też poważnie zastanowić nad tym, w jaki sposób w kulturze telewizyjnej traktuje się temat śmierci. Stanowi ona - zwłaszcza ta gwałtowna i wyrafinowanie okrutna - dobrze sprzedający się artykuł. Krew leje się strumieniami - czy to w wiadomościach, które wyglądają jak jedna wielka czarna kronika", czy w najrozmaitszych filmach, gdzie śmierć jest już często tylko jakąś kliszą, która ma na celu wywołanie chwili wzruszenia. Co oznacza ta inflacja? Przecież tak właśnie zachowuje się człowiek wobec problemów, których się boi, a ponieważ chce zagłuszyć swój strach, przywołuje owe obrazy w sposób neurotyczny, natrętny, ciągle na nowo - podobnie jak przestępca wracający na miejsce czynu, który chce wymazać z pamięci. Ta profanacja, próba ukazania, że śmierć jest właściwie tylko jakimś żartem, czymś, co migoce obok nas w permanentnym komiksie ulotnych przeżyć, jest prawdopodobnie inną formą ucieczki od tematu.
Życie po życiu
Moglibyśmy teraz prześledzić, jak poszczególne kultury zachowują się wobec śmierci, niezależnie od tego, czy ją eksponują w monumentalnych mauzoleach, czy opakowują w komercyjną kosmetykę, jak to trafnie skarykaturował Evelyn Waugh w książce Nieodżałowana". Spytajmy jednak raczej: w jaki sposób zmierzyć się z tym tematem bez traumatycznych przeżyć, bez karykatur, bez uników? Skąd wziąć odwagę, by spojrzeć owej tajemnicy prosto w oczy?
Przejdźmy od razu do drugiego pytania: w jaki sposób my jesteśmy, kiedy jest śmierć"? W jaki sposób możemy myśleć o śmierci jako o czymś, co nie jest absolutnym końcem, degradacją, przekreśleniem życia? Jak nie stajemy się niepotrzebną rzeczą, która musi być uprzątnięta, spopielona, pogrzebana - jeśli to możliwe, dyskretnie, jak czytamy dziś często w nekrologach, bez obrzędu"? W jaki więc sposób jesteśmy my, kiedy jest śmierć"?
Najpierw trzeba powiedzieć: nie wiemy. Jest to tajemnica w najgłębszym sensie tego słowa, przekraczająca jakiekolwiek ludzkie doświadczenie. Stajemy twarzą w twarz wobec czegoś, przez co możemy przejść tylko i wyłącznie dzięki wierze: i to zarówno ci, którzy wierzą, że życie nie kończy się śmiercią, jak i ci, którzy są przeciwnego zdania. W tym punkcie wszyscy jesteśmy na swój sposób wierzący" - nikt nie może się powołać na jasne, ewidentne, racjonalnie przekonujące dowody.
W sprawach życia po życiu" nauka, jeśli jest uczciwa, uzna swoją niekompetencję. Sądzę, że nie są uprawnione również tak dzisiaj popularne próby uznawania za naukowe dowody nieśmiertelności różnych stanów psychologicznych związanych ze śmiercią kliniczną. Nauka może tylko doprowadzić do bramy śmierci, ale nie poza nią.
Możemy jeszcze powoływać się na bardzo szeroki konsens różnych nurtów religijnych Wschodu i Zachodu, przedchrześcijańskich, chrześcijańskich i niechrześcijańskich, które twierdzą, że życie człowieka po śmierci w taki lub inny sposób trwa nadal. Ludzie o materialistycznym światopoglądzie często uważają, że jest to tylko pociecha", podpórka". No cóż, myśl o tym, że mam stanąć przed kimś, przed kim będę musiał odpowiadać za swoje postępowanie, naprawdę nie wydawała mi się nigdy łatwą pociechą. Frazes ten jest jedną z wielu klisz krążących wśród ludzi, którzy nie mają zbyt wiele czasu na myślenie. Raczej wiarę w to, że z człowieka nic nie zostanie, gdy jego ciało rozłoży się na najróżniejsze pierwiastki chemiczne, można by - na tych samych prawach - uznać za łatwą pociechę".
Ostrożnie o reinkarnacji
W dzisiejszych czasach dużym wzięciem cieszy się idea reinkarnacji - nawet wśród ludzi, którzy uważają się za chrześcijan. Wiecie, że Kościół mówi tej teorii NIE. Jednak wcześniej, zanim jakiejś idei powie się TAK lub NIE, należy przemyśleć, zinterpretować, a przede wszystkim upewnić się, jak ją rozumieć.
To, czemu Kościół całkiem słusznie mówi NIE, jest przede wszystkim zwulgaryzowaną postacią tego orientalnego motywu. Obawiam się, że to właśnie ona jest dziś u nas tak bardzo popularna. Wielu ludzi powie wam, że fascynują ich religie Wschodu i wierzą w reinkarnację". Gdy jednak porozmawiacie z nimi dłużej, dojdziecie do wniosku, że traktują te religie jako swego rodzaju biuro turystyczne, oferujące powtarzalne wycieczki do naszego świata - w różne miejsca i w różnej formie - ludziom, którym dwie, najszersze dotychczas propozycje kultury zachodniej (chrześcijańskie niebo i ateistyczna wiara w pośmiertne nic") wydają się mało atrakcyjne. Są przekonani, że zarówno w chrześcijańskim niebie, jak i w ateistycznym nic" po śmierci prędko by się znudzili - wierzą więc w reinkarnację.
Byliby pewnie zaskoczeni, gdyby się dowiedzieli, że wschodnie religie, którymi się fascynują, nie traktują reinkarnacji jako bardziej rozrywkowej wersji chrześcijańskiego nieba, ale raczej jako odmianę piekła - dla Wschodu reinkarnacja jest karą - natomiast celem ludzkiego życia jest wymknięcie się z obiegu inkarnacji.
Kiedyś w naszym kościele gościł japoński mistrz zen Kadowaki, który powiedział zaskoczonym słuchaczom: Buddyzm nie wierzy w reinkarnację - on szuka dróg, dzięki którym mógłby się wyzwolić z łańcucha wcieleń". Ale przecież, skoro chce się z reinkarnacji wyzwolić, to znaczy, że w nią wierzy!" - zaoponowała jedna z uczestniczek spotkania, ponieważ - co u nas dość powszechne - rozumiała słowo wierzyć" w znaczeniu uważać za prawdziwe". Nie - odparł mistrz Kadowaki - oświecenie polega na uświadomieniu sobie, że reinkarnacja jest iluzją".
Wydaje mi się, że szerząca się wśród nas wiara w reinkarnację" wynika jeszcze z dwóch ukrytych powodów. Ludzie lubią wynajdywać alibi dla swego postępowania i negatywnych cech charakteru, więc chętnie korzystają z możliwości odłożenia radykalnej przemiany swego życia na później. Możecie zetknąć się z wieloma kursami terapii reinkarnacyjnej", które zaoferują wam wyjaśnienie i swoiste alibi dla waszego postępowania, tłumacząc to faktem, że ponownie przeżywacie" coś, co niesiecie ze sobą z poprzednich wcieleń"; rzekome zstąpienie do prenatalnych łąk i lasów zapewni wam chytrze zinterpretowany seans hipnotyczny czy quasihipnotyczny. Podobnie możemy w nieskończoność uspokajać swoje sumienie myślą, że dla rozwiązania naszych problemów i niezbędnych zmian w życiu otrzymamy szereg okazji w nieskończonym ciągu egzaminów poprawkowych w innym czasie i w innym ciele.
Tego rodzaju wyobrażenia naprawdę nie są w zgodzie z wiarą chrześcijańską. Chrześcijaństwo broni godności i wyjątkowości osoby ludzkiej, wyjątkowości ludzkiego życia tu i teraz, oraz jedności duszy i ciała. W przeciwieństwie do platonizmu i nauk wschodnich, broni także godności ludzkiego ciała - przecież podstawowe artykuły naszej wiary, o wcieleniu i zmartwychwstaniu, w sposób zasadniczy dotyczą ciała. Ciało dla chrześcijaństwa nie jest jedynie kłopotliwym (i zamiennym) bagażem, w którym przenosimy drogocenną duszę z jednej stacji do drugiej. Człowiek jest jednością ciała i duszy, jest wyjątkową i niezamienialną osobą. Takim został stworzony, taki jest przez Boga kochany i taki przez Niego zostanie zbawiony. Dusza" jest właśnie wyrazem tożsamości i niezamienialności osoby ludzkiej, a nie ptakiem wędrownym"; taka sama godność przysługuje ciału, za pośrednictwem którego jesteśmy obecni w naszej historycznie określonej wspólnocie ludzkiej. Chrześcijaństwo stworzyło podstawy pod całościową koncepcję człowieka po to, by traktowano go poważnie wraz z jego duchowym, psychicznym, cielesnym i społecznym wymiarem, a także z jego pozycją w przyrodzie i historii. Na tym właśnie chrześcijańskim gruncie wyrosło to, co najcenniejsze, i co Europa wniosła do ludzkiej samoświadomości. Ci, którzy flirtują z wulgarnie pojętą reinkarnacją, powinni zdawać sobie sprawę, czego się wyrzekają.
Do tej pory mówiliśmy o zwulgaryzowanej formie idei reinkarnacji. Z drugiej jednak strony nie powinniśmy popadać w zadufany europocentryzm i machnięciem ręki potępiać światopogląd zakotwiczony w tysiącletnich tradycjach odległych kultur, zwłaszcza jeśli nie możemy być całkiem pewni, czy dobrze i w pełni je rozumiemy. Należy przypuszczać, że owe terapie reinkarnacyjne" i tym podobne błyskotki na zachodnich targowiskach ezoterycznej tandety są w rzeczywistości karykaturą tego, co wypływa ze źródeł szacownej wschodniej mądrości.
Być może Wschód w idei reinkarnacji" pragnie tylko symbolicznie wyrazić coś, co dla nas wcale nie musi być obce: że nasze indywidualne ludzkie życie osadzone jest pośród tajemniczych wektorów duchowych. Przecież tak naprawdę jakaś cząstka nas stanowi kontynuację wielu wcześniejszych pokoleń, a inna z kolei kroczy dalej", poza granice naszego życia i pojedynczego losu. Wiemy o tym także dzięki sferze, którą można udowodnić - choćby na przykładzie naszego kodu genetycznego. Każdy z nas w swoim cielesnym wyposażeniu i duchowej konstrukcji czerpie z zasobów pokoleń, które były przed nim. Zapewne my także wierzymy, że coś z nas, z naszych myśli i pragnień, będzie trwać nadal. Że coś z tego, co nieśliśmy i cośmy przeżywali, będzie kontynuowane - czy to w obrębie łańcucha genetycznego, czy za pośrednictwem naszych przyjaciół i uczniów. Pewnie nie możemy też wykluczyć, że istnieją jeszcze subtelniejsze sposoby naszych międzyludzkich powiązań. Być może istnieje jakiś ukryty problem naszego życia, poprzez który łączymy się z konkretnymi ludźmi żyjącymi przed nami. Być może coś, co w naszym losie pozostaje niedopowiedziane, ktoś inny, kto nigdy nas nie widział, podejmie i poniesie dalej. Owa tajemnicza solidarność ludzkich losów jest czymś, czego w żaden sposób nie da się usunąć z przestrzeni chrześcijańskiego myślenia. Przecież my też wierzymy w świętych obcowanie, w tę wielką duchową solidarność wszystkich ludzi ponad granicą śmierci. Być może także nad ową tajemniczą perspektywą kontynuacji ludzkiego życia, którą tradycja określa słowem czyściec", moglibyśmy zacząć zastanawiać się w jeszcze inny sposób.
Z pewnością otwiera się tu dodatkowa przestrzeń do medytacji i nowej interpretacji teologicznej, i może narodzi się jakieś dobro z tych prób nowego myślenia w ramach międzyreligijnego i międzykulturowego dialogu. Kto uważnie studiował dzieje teologii, duchowości i myśli chrześcijańskiej, ten wie, że można się spodziewać różnych niespodzianek i syntez. Dlatego tę refleksję nad popularną ideą reinkarnacji zamykam prośbą: bądźmy powściągliwi, nie dajmy się zwieść modnym artefaktom, nie bądźmy łatwowierni, ale uważajmy też, żeby nie wylać dziecka z kapielą"; w kontakcie z dawnymi tradycjami odległych kultur troszczmy się o zrozumienie i pełen szacunku dialog.
Zwycięży miłość
Powróćmy do przytoczonego na wstępie fragmentu Ewangelii. Jezus oznajmia tam uroczyście, że Syn Człowieczy będzie sądzić według jednego kryterium - w jaki sposób ktoś okazał skuteczną, praktyczną miłość w solidarności z biednymi i cierpiącymi.
Obie grupy ludzi - ci usprawiedliwieni i ci odrzuceni - będą mocno zdziwione. Ani jedni, ani drudzy - ani ci, którzy pomagali, ani ci, którzy pomoc odrzucili - nie poznali Go" jako tego, który był obecny w cierpiących i potrzebujących. Okoliczność ta prowokuje do refleksji, która może zachwiać naszymi przeciętnymi chrześcijańskimi wyobrażeniami o tym, kto jest, a kto nie jest godzien zbawienia.
Ci, którzy nie pomagali i zostali potępieni, są zaskoczeni, że to sam Jezus był w owych głodnych, spragnionych, nieprzyodzianych i uwięzionych. Gdyby Jezus się im ujawnił", pewnie by dla Niego wykonali ową posługę i teraz mogliby oczekiwać zasłużonej nagrody. Znaczy to, że musieli Go już znać" - innymi słowy: prawdopodobnie byli chrześcijanami; tymi, którzy werbalnie przyznawali się do Jego imienia. Ich odrzucenie wypływa z dysproporcji pomiędzy słowami a czynami - Jezus wielokrotnie powtarzał, że nie ten, kto mówi Panie, Panie", lecz ten, kto pełni wolę Ojca, wejdzie do królestwa niebieskiego.
Ci, którzy pomagali potrzebującym, są także zaskoczeni. Nie myśleli o Jezusie i obiecanej przez Niego nagrodzie, nie poznali Go, czynili to właściwie tylko z powodu owych biedaków. Możliwe, że między nimi byli też tacy, którzy o Jezusie nigdy nie słyszeli, niewierzący" - także oni zostają zbawieni.
Jezus nigdzie, również w tej przypowieści, nie twierdzi, że wiara jest w gruncie rzeczy wartością zbyteczną, i że nie jest istotne, czy człowiek ją posiada, czy nie. Ale z tego ewangelicznego przykładu wynika, co naprawdę znaczy żywa wiara". Wiara bez uczynków jest martwa", czytamy w Liście św. Jakuba, i z pewnością nie chodzi tu o uczynki w sensie rytualnego wykonywania Prawa, których niezbędność odrzuca św. Paweł, lecz właśnie o uczynki miłości i solidarności. W tej ewangelicznej opowieści możemy wyraźnie rozpoznać ową wiarę implicité", o której również pisze w swym Liście św. Jakub - Pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, to ja ci pokażę wiarę ze swoich uczynków". Wiara nie polega tylko na ortodoksji, ale także i przede wszystkim na ortopraksji, właściwym postępowaniu.
Owa czynna miłość jest tym, co zadecyduje, jak i gdzie będziemy, kiedy nadejdzie ostatnia chwila naszego życia. Ta miłość jest jedyną rzeczą, która nie zostanie zniszczona ani unieważniona przez uderzenie śmierci. Na tym właśnie polega istota naszej wiary w życie wieczne - a nie w jakieś wyobrażenie o pięknych ogrodach i chórach anielskich. Miłość nie zostanie przekreślona, przeciwnie - ona zrelatywizuje samą śmierć, miłość zwycięży śmierć.
Takie jest ostatnie chrześcijańskie słowo o śmierci. Stąd czerpie chrześcijanin odwagę do patrzenia jej w oczy. Dlatego męczennicy nie bali się śmierci i dlatego dawni mnisi i pustelnicy trzymali czaszki w swoich celach. To nie była żadna nekrofilia: był to wyraz odwagi, by stanąć twarzą w twarz wobec Miłości, która jest silniejsza niż śmierć. Śmierci, gdzież jest twój oścień?" - pyta św. Paweł.
I tę właśnie Miłość prosimy dziś, aby oczyściła i wyzwoliła naszych braci i nasze siostry, z którymi złączeni jesteśmy wspomnieniami, więzami krwi lub pokrewieństwem duchowym albo po prostu naszym człowieczeństwem: módlmy się za całą wspólnotę zmarłych. Tam, gdzie nasz rozum, nasze poznanie i nasze doświadczenie kończą się i stają w zakłopotaniu, tam może wkroczyć nasza wiara, nadzieja i miłość. Antyfona liturgii tego święta głosi: I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie bedą ożywieni". Amen.
www2.tygodnik.com.pl/
|
 | | | | Komentarze Internautów |
| Dodaj swój komentarz - nie więcej niż 6.000 znaków |
|
|
|
| |
|
|
| |
Nie znam autora, a tekst przeczytałam bardziej na szybko niż wnikliwie. Niestety w kilku miejscach zajechał dla mnie niebezpiecznie multikulturalną mantrą...
Może jestem przewrażliwiona, ale takie kwiatki jak "zadufany europocentryzm" (!!!) oraz "dodatkowa przestrzeń do medytacji i nowej interpretacji teologicznej" w imię "międzyreligijnego i międzykulturowego dialogu" włączają u mnie syreny alarmowe.
Szczególnie ten politycznie superpoprawny "zadufany europocentryzm", ziejący nienawiścią do konceptu wyższości cywilizacji zachodniej nad prymitywnymi... Może to i na miejscu w Tygodniku Powszechnym, ale ja sobie tego wytworu inżynierii społecznej nie dam wdrukować. |
|
|
|
|
|
| |
| Jednak znam autora, dopiero co skojarzyłam. I nawet cenię. Ale zarzuty podtrzymuję. |
|
|
|
|
|
| |
Czytałem ten text już wcześniej, też mi się wydał z lekka podejrzany.
Michale, wytłumacz się! :-)
Ps. czeskie "s" z tyldą to po naszemu "sz" czyli po prostu TOMASZ |
|
|
|
|
|
| |
''Szczególnie ten politycznie superpoprawny "zadufany europocentryzm", ziejący nienawiścią do konceptu wyższości cywilizacji zachodniej nad prymitywnymi... '' Boże Święty, cywilizacje Dalekiego Wschódu- cywilizacjami prymitywnymi... I gdzie w tym artykule jest choć ślad nienawiści do czegokolwiek?
A przechodząc do sedna sprawy- ja nie widzę tu nic podejrzanego. Autor nawołuje do dialogu, szacunku etc., może to oczywiście brzemieć "podejrzenie pioprawnie", ale nie jest sprzeczne z nauką kościoła. Ks. Halik traktuje teorię reinkarnacji jako SYMBOL naszego zakorzenienia wśród innych ludzi i innych pokoleń, natomiast całkowicie odcina się od niej jako koncepcji teologicznej. Ja w tym artykule sugestii, że należy przejść na, powiedzmy, buddyzm, lub uznać inne religie za równoważne chrześcijaństwu, nie widzę. |
|
|
|
|
|
| |
Nie nazwałam cywilizacji Dalekiego Wschodu cywilizacjami prymitywnymi.
Pisałam o elementach tego tekstu, które poza ogólnym jego multikulturowym wydźwiękiem (którym mógł być tylko moim, choć jak widać nie tylko moim) wrażeniem, zapaliły u mnie czerwoną lampkę z napisem "uwaga".
Jednym z tych elementów jest użycie w ogóle wyrażenia "europocentryzm", a już szczególnie z przymiotnikiem "zadufany" potęgującym jego pejoratywny wydźwięk.
Samo wyrażenie "europocentryzm", podobnie jak inne -centryzmy (eg heterocentryzm, anglocentryzm) to wkład inżynierii społecznej w polityczną poprawność języka. Terminy te z definicji nadają koncepcji wyższości jednych cywilizacji (albo innego kryterium) nad drugimi wydźwięk negatywny, obraźliwy, dyskryminacyjny, w imię równości - królowej wszelkich cnót.
Tak więc np. eurocentryk to nadęty buc, który nie potrafii docenić głębi walenia w tam-tam i upiera się, że Mozart był na wyższym poziomie zaawansowania. Heterocentryk to homofob, a anglocentryk to wredny oszołom, któremu się wydaje, że zdominowanie świata przez kulturę anglosaską to fakt.
Termin "zadufany europocentryzm" jest bardzo w tej konwencji. Nie wiem z jakim zamysłem użył go Autor, ale przekaz samego terminu to właśnie negatywny stosunek do konceptu wyższości cywilizacji zachodniej nad innymi. Użycie tego terminu wzbudza u mnie conajmniej nieufność do intencji Autora.
Oczywiście, że Halik nie mówi wprost nic sprzecznego z nauką Kościoła. Jak zresztą bardzo wielu w Tygodniku Powszechnym...
Mimo wszystko, zalecałabym ostrożność. |
|
|
|
|
|
| |
| Miało być: "Tym bardziej zalecałabym ostrożność." |
|
|
|
|
|
| |
Przepraszam, jeśli niesłusznie cię posądziłem o pogardliwy stosunek do cywilizacji azjatyckich.
Chodzi mi o to, że najwyraźniej grzeszysz nadmiarem podejrzliwości względem autora. Albo może ja nie dostrzegam oczywistych zdrożności? Jest oczywiste, że poprawnośc polityczna wyrażająca się w poglądzie, że wszystkie cywilizacje są równe, jest absurdem. Zwolennicy takiego poglądu są gotowi wyrzucac do kosza samo pojęcie cywilizacji zachodniej vel europejskiej do kosza. Osobiście widziałem książkę (wydawnictwo popularne, przeznaczone dla dzieci i młodzieży), w której tekst podzielono na cztery kolumny, osobno dla Europy, Afryki, Azji oraz Australii z Oceanią. Kilka potyczek Maorysów z Brytyjczykami zajmowało w tym układzie tyle samo miejsca, co wojny napoleońskie.
Tyle, że sladu takiego podejścia nie ma w omawianym tekście. Pokarz mi zdanie, w którym Halik napisał, że uważa wszystkie cywilizacje za równe. Albo, zę należy odrzucic kulture europejską. A ze odwołał się do pewnwego pojęcia stworzonego w ramach jednej z filozofii Wschodu? Przecież nikt nie powiedział, ze poza naszym kręgiem kulturowym żyją tylko buszmeni, których nie warto cytować. Przeciwko tak pojmowanemu wystepuje Halik i ma tu moje pełne błogosławieństwo. Chyba, ze oczywiście źle odczytuję wszystkie subtelności, a obdarzeni czulszym wechem P.T. Prokuratorzy mimo wszysko słusznie węszą tu siarkę?
Dziękuję za konserwatywno-liberalną (raczej konserwatywną) czujność, interesującą polemikę i wyrażam nadzieję, że bedziemy mogli ją kontynuowac- tutaj lub w świecie rzeczywistym. |
|
|
|
|
|
| |
i móżdżek wyszorowany ; )
|
|
|
|
|
|
| |
| Należy dbać o higienę ;-) |
|
|
|
|
|
| |
Nie odpowiedziałam wcześniej z powodu braku dostępu do Sieci, ale widzę, że niewiele przegapiłam.
Móżdżek wyszorowany? Mój móżdżek, jak mniemam? No, no... widzę, że KoLiber dzielnie kultywuje tradycję rycerskiego stosunku do kobiet. Maniery u obu Panów to najwyraźniej bardziej liberalne niż konserwatywne.
Nie mam zamiaru się powtarzać, większość tego, co miałam do powiedzenia, już padło. Resztę zachowam do dyskusji z osobami wykazującymi symptomy poważnego podejścia do badania zjawisk, czyli na przykład takimi, które przed zabraniem się w ogóle za temat przeczytały może coś najpierw, zamiast wychodzić z założenia, że skoro nie ma się o czymś zielonego pojęcia, to znaczy, że to nie istnieje.
Przydałoby się też jakieś podstawowe obycie z zasadami dobrego wychowania.
Panów MG i MK nie chcę nadwyrężać, więc podziękuję za dalszą rozmowę. |
|
|
|
|
|
| |
Ksiadz Halik napisal przejmujacy artykul, Joanna zauwazyla w nim „zadufany europocentryzm”, Piotr zarządał wyjasnien, Michal zbeształ Joanne, a ja...zastanawiam się po co mi wiedza o reinkarnacji, czy musze szukac punktow stycznych mojej kultury z innymi i czy mam czy nie mam prawa co zycia w izolacji.
Uwazam swoja kulture za najlepsza z możliwych w ktorej przyszlo by mi zyc. Uwazam swoja religie za najpelniej i najpewniej prowadzaca do pelni uczestnictwa w Ofierze Jezusa Chrystusa. Moja religia jest dla mnie najlepsza z możliwych również dlatego ze najpelniej odpowiada mojemu rozumieniu samego siebie, procesow zachadzacych w swiecie, najlepiej tlumaczy historie i terazniejszosc i daje mi najwieksze poczucie bezpieczenstwa. Dlatego wlasnie wszedzie na swiecie czuje się jak u siebie w domu i w kazdym momencie zycia dostrzegam ze jestem elementem Madrego Planu i odbiorca Wszechogarniajacej Milosci.
Ten Plan i ta Milosc ma zrodlo. Ja wierze ze jest nim Jezus Chrystus. Zrodlem Milosci jest Jezus Chrystus. Z tego zrodla plynie milosc, która chciałbym się dzielic z innymi. Mam wrazenie ze dla ksiedza Halika zrodlem mojej milosci powinna być ...Milosc. Ja się z tym nie potrafie nie zgodzic, nie mogę jednak znaleźć u ksiedza Halika wyraznego wskazania zrodla tej milosci. Dlatego obawiam się ze wśród zwolennikow „Kosicola otwartego”, do których również należy ksiadz Halik, bardziej zrozumiala jest wiara w Milosc niż wiara w Jezusa Chrystusa.
To bardzo wygodny poglad. Pozwala pogodzic mutlikulturalizm z katolicka ortodoksja, feminizmem, wyznawcami wszystkiego, itd. Jeśli w miejsce Jezusa Chrystusa podstawic Milosc – bez trudu znajdzie się w Kosciele Katolickim miejsce i na reinkarnacje, i na duchowosc drzew, i astrologia i religia slowian. Czy jednak nie odbedzie się to kosztem Osoby? W kogo lub w co – przyjdzie nam wtedy wierzyc? I po co akurat w Jezusa...?
Dzisiaj Kosciol Katolicki stoi przed koniecznoscia okreslenia sie w stosunku do calego szeregu innych pradow intelektualnych i duchowych. Jedna z propozycji tej odpowiedzi jest ”Kosciol Otwarty”, nowa teologia katolicka, która stara się godzic wszystko ze wszystkim. Wymaga one re-interpretacji dotychczasowej katolickiej ortodoksji, nowego odczytania Ewangeli w celu uwzglednienia zmian, jakie zaszly w ludzkiej swiadomosci pod wplywem ”globalizacji mysli”. Można się jednak obawiac chyba zasadnie, o to czy Magisterium Kosciola nie „rozpusci” się w morzu nurtow, przed czym po raz pierwszy obronil Je Św. Paweł, prowadzac spor ze Sw. Piotrem o obrzezanie. To bardzo wazny i bardzo ciekawy problem – może by tak KoLiber zaprosil kogoś madrego z krotkim opisem sytuacji?
„Kosciol otwarty to ulubiony motyw ksiedza Halika i jego promotorow w Polsce - ks.Bonieckiego i Adama Michnika. Tygodnik Powszechny od dawna zmierza do mariazu lewego z prawym, prawdy z falszem, czarnego z bialym, od dawna kontestuje zarówno nauczanie papieskie w zakresie np. ochrony zycia. Znany jest jego atak na „Pasje” Gibsona, znane sa jego falszywki kierowane pod adresem np. Matki Angeliki z Telewizji EWTN. Znany jest również jego instrumentalny stosunek do nauczania papieskiego. I – znany jest papieski list z chyba 1995 roku do red. Turowicza, w którym Jan Pawel II ubolewa nad brakiem wsparcia ze strony Tygodnika, którego to wsparcia Kosciol w Polsce oraz sam papiez mogliby mieć prawo oczekiwac od pisma z ”katolicki” w podtytule. Jeśli wiec ks.Halik dostaje laurke od Adama Michnika i Tygodnika Powszechnego, to Joanna ma prawo sie niepokoic. Ponizej 2 artykuly z Christianitas. Poczytajmy.
www.tygodnik.com.pl
www.christianitas.pl
Naprawde nie wiem po co ksiadz Halik kaze mi zastanawiac się czy reinkarnacja ma czy nie ma jakiegos zwiazku z obcowaniem dusz. Po co mam szukac podobienstw obcych mi kulturowo i psychologicznie koncepcji z nauka, ktorej naucza mnie mój Kosciol i która przekazali mi moi rodzice? Jeśli będę miał potrzebe poznac duchowosc wschodu – znajde wlasciwych ludzi i wlasciwa lekture. Dlaczego ksiadz katolicki wyzywa mnie od europocentrystow, i do tego zadufanych, tylko dlatego ze nie mam ochoty zastanawiac się czy moja dusza wyrwie się czy nie wyrwie z kregu odwiecznych inkarnacji? I dlaczego uzywa do tego celu akurat pojecia zywcem wzietego z podrecznikow do cenzury jezyka i mysli? Europocentryzm stoi w tym samym szeregu co homofobia, sexism, wielorasowosc, heterosexism, „ kochajacy inaczej”...i cala masa podobnych terminow sluzacych do negatywnego naznaczenia tych, którzy pragna zyc wedlug znanych sobie i rozumianych kryteriow. Jacyż szatani nadali ksiedzu Halikowi ten język?
Ja jestem dumny z miejsca jaka cywilizacja bialych ludzi zajmuje na tej planecie. I nigdy – w kontaktach z kimkolwiek nie miałem zamiaru mieć poczucia nizszosci z powodou swojego „zadufania”.
Pamietam, gdy kiedys w Turcji, fotografujac w Izniku, dawniej Nicea – znana z pierwszych wczesnochrzscijanskich soborow, mezczyzn dokonujacych rytualnego obmycia nog przed wejsciem do meczetu, zaczepil mnie jeden z tam-bylcow. Usmiechajac się zapytal czy jestem muzulmaninem. Kiedy zaprzeczylem i wymienilem imie Jezusa Chrystusa, jego twarz pojasniala. Jesus Cristus – salim! Allah – salim!Miriam – salim! – zawolal rozpromieniony I wziawszy ode mnie ciezka torbe ze sprzetem fotografiznym oprowadzil mnie po calym miescie. Byliśmy wszedzie – ogladalem ruiny murow, jakies stare budowle...Na koniec weslismy do meczetu, Na dluzsza chwile. Ogladalem w skupieniu jak modla się muzulmanie, sluchalem melodyjnego zaspiewu immama, wdychalem specysiczny orientalny klimat – mieszanine jakiegos pachnidla, wilgoci i 600 lat historii. Po wyjsciu z meczetu usiedlismy w malej herbaciarni i wypilismy szklanke herbaty. Zrozu |
|
|
|
|
|
| |
Zrozumialem wtedy ze ten czlowiek jest dumny ze swojego miasta, ze swojej tradycji, ze swojej religi. I ze on się badzo cieszy ze może się ta duma podzielic z kims kto przybyl z daleka żeby to podziwaic. Ja podziwialem – szczerze. I miasto, i meczet. Ale przede wszystkim radosc tego czlowieka, ze ktos chce podziwiac najdrozsze mu miejsca. I ja podziwialem. Nie rozumielismy się zbyt dobrze – jego angielski potrzebowal powaznych szlifow. Jednak gdybysmy zdolali porozumiec się tym samym jezykiem on by powiedzial:
- Popatrz, co ja tutaj mam. Piekne, nie?
- Bardzo. A to jeszcze bardziej! Co to jest?
- To jest meczet. Tu wielbimy Boga.
- A dlaczego wszyscy klaniacie się w jednym kierunku?
- Bo...itd.
Mi się bardzo podobalo w Turcji. Wrocilem zachwycony przepychem, egzotyka, historia, architektura, religia. Ale – wrocilem potem do domu. I dziekowalem PanuBogu, ze dal mi okazje poznac innych ludzi, razem z nimi się cieszyc, zobaczyc jak to u nich jest, opowiedziec przyjaciolom i potem – wrocic do domu. Bez poczuca winy ze czegos nie zrozumialem, ze może powinienem cos z jego meczetu ustawic w moim kosciele, ze powinienem zastanawiac się czy może rzeczywiscie klainiać się Bogu można tylko w kierunku wschodnim. Wrocilem – bez poczucia winy, bez zadufania w sobie, bez pojecia ze jakikolwiek europocentryzm nie pozwolil mi na cokolwiek.
Pisze Michal ze Asia grzeszy nadmiarem podejzliwosci. I zadaje pytanie – czy może sam nie grzeszy niedostrzeganiem subtelnosci. To ostatnie – to oczywiście pytanie retoryczne – bo przeciez Michal odpowiedz zna doskonale. Jednak czasem warto zastanowic się spokojnie – czy przypadkiem ten „inkwizytor” nie ma czegos waznego do zakomunikowania. Może jednak „ europocentryzm” to jednak jest termin rodem z polit-poprawnej nowomowy, wygenerowany przez zadeklarowanych przeciwnikow swojej wlasnej cywilizacji, a to ze Michal o tym nie wie, nie znaczy ze to cos nie istnieje. Ignorancja bywa blogim stanem – ale jeśli się nie wie ze cos istnieje nie znaczy ze to cos nieistnieje. Dlatego zamiast cieszyc się z ”przewietrzenia mozdzku” glupawej blondynce może by Michal przeprosil za chamstwo i poprosil Joanne o szersze wyjasnienie okolicznosci wejscia do jezyka angielskiego terminow typu multikulturalizm, europocentryzm, homofobia, sexism itd. Jak przystalo na konserwatyste. I mezczyzne.
|
|
|
|
|
|
| |
Zarzucono mi tu dwa grzechy:
-chamstwa
-niedostrzegania subtelności.
Co do pierwszego- zwrot "móżdżek przewietrzony" została uzyty nie przez mnie, lecz przez Macieja Konarskiego (skądinąd był to cały jego wkład do dyskusji). Zrozumiałem, że zwrot ten odnosi do mnie (tzn zarzuca mi, że mam móżdzek wyszorowany) i w tym momencie miałem dwie możliwości. Usunąć bezczelną wzmiankę (a wcześniej obiecałem, ze tego nie będę robić), pogrążyc się w dyskujse z chamem na temat zasad dobrego wychowania oraz sztuki prowadzenia sporów lub tez odpowiedziec w sposób złośliwie-dowcipny i ignorować człowieka dalej. Wybrałem trzecią możliwość. Joanna uznała (chyba słusznie, tak mi się teraz wydaje), że słowa MK odnosza się do niejj i ze ja sie solidaryzuje z MK (co juz jest nieporozumieniem).
|
|
|
|
|
|
| |
Rozstrzygnąwszy kwestię kultury osobistej, przjdźmy do problemów kultury. "Europocentryzm" jest oczywiście tworem i ulubionym wytrychem politycznej pioprawności. Podobnie, jak wielokulturowość, seksizm i inne wynalezione w celu odpowiedniego szufladkowania, naznaczania, chwalenia i walenia po głowie (oponentów). Podobnie jak istniejące juz wcześniej w języku okreslenia, zawłaszczone w celu wyżej wynmienionym. Moze oczywiście budzic uzasadnione podejrzenia, kiedy ksiądz katolicki, powołany przeciez z racji tak swej wiary jak i urzedu do obrony ortodoksji, uzywa języka stosowanego w obozie wroga. Jednak nalezy zwrócić uwagę na znaczenie jakie tym pojęciom nadaje. Przecież słowa nie maja sensu same w sobie, licza się ich definicje. Z kontekstu wynika jasno, że ks. Halik nie próbuje perswadowac, że wszystkie cywilizavcje są równe i że w związku ztym powinnismy przestac czytać Szekspira a nastawic sie na pieśni Aborygenów. Nie sugeruje tez, że powinnismy porzucic nasza kulturę dla innej, ani że teologia katolicka winna byc uzupełniona jakimis wątkami azjatyckimi (to jjuz, zwłaszcza w ustach katolickiego kapłana byłoby horrendum). Stwierdza tylko, że pewien wątek wystepujący w buddyzmie może byc wstępem do interesujących rozważań. Rozważń zresztą raczej historiozoficznych, niz teologicznych. Bo przecież uznanie cywilizacji europejskiej za najlepszą, nie oznacza uznania, że inne, również w kwestii idei nie wymysliły nic, co nie byłoby godne uwagi.
Natomiast faktem jest, że jasne stwierdzenie że cywilizacja zachodnia (uzywam tego zamiennie z cywilizacja europejską) jest wyższą od pewnych innych tutaj nie pada. Podobnie jak nie ma wyraźnego stwierdzenia, że religia rzymskokatolicka jest jedyna prawdziwą. Zapewne ks. Halik nie zaoponowałby przeciwko takim twierdzeniom, ale wolał sprawy nie stawiać na ostrzu noża. Faktem jest, że skłonność do bardzo poprawnego politycznie sposobu wyrażania się jest widoczna u wielu duchownych. Niektórzy ida w tym bardzo daleko, do granic prawd wiary,czasem i jeszcze dalej. Ks. Hailk się przed tą granica szczęśliwie zatrzymał i dlatego moge bronic jego tekstu. Acz ślady pewnego niepokojącego sposobu myślenia tu widac...
Oprócz braku jasnego sformuowania powyższych tez o hierrchii cywilizacji, takie dzwonki alarmowe może chyba budzic fragmment o miłosci, na kóry Jurgen trafnie zwrócił uwagę. Rola Jezusa jest tutaj wskazana, jako źródła miłości (nie mogę się zgodzić, mimo wszystko, z poglądem, że jest inaczej), ale na plan pierwszy wysuwa się faktycznie sama miłość. Ktoś kiedys powiedział - nie potrafię teraz przypomniec sobie kto- że współczesna teologia coraz bardziej zwraca uwagę na pojęcia abstrakcyjne - miłość, sprawidliwość dobro- które są wspólne dla większości religii, które są bardzo "ekumeniczne", a unika elementów kontrowersyjnych, zwłaszcza zaś problemu Boga jako źródła tych pojęć, gdyz mogłoby to obrażac inaczej wierzących.
Reasumując- dfaktycznie można tutaj znaleźć pewne fragmenty, które brzmią "podejrzanie". Choc ta moja podejrzliwośc dotyczy raczej rzołożenia akcentów, pominięcia pewnych tez, które wolałbym widzieć jasno postawione, niż istoty rzeczy. Nie budzi też większych zastrzeżeń- mimo swojej proweniencji- termin "eurocentryzm", który mozna "zaadaptować" na potrzeby dyskusji niekonicznie lewicowo-liberalnej. Choc mogę się oczywiście mylić. Nie jestem tak biegły w teologii, co moi P.T. Adwersarze.
I mała uwaga porządkowa odnośnie zakończenia wypowiedzi Jurgena- nie jestem konserwatysta, jestem konserwatywym liberałem. Ale jestem oczywiście mężczyzną, dlatego przychylam się do sugestii i przepraszam damę za wszystkie obrazy, które doznała z mojej i, nie tylko mojej, strony. |
|
|
|
|
|
| |
Jurgen, DZIĘKUJĘ.
Michale, pax. |
|
|
|
|
|
| |
Ja rowniez przepraszam za zbyt dosadne sformuowanie.
Moglem uzyc delikatniejszego jezyka, byc moze mniej byloby zlych energi w tej czesci forum. Oczywiscie - to nie Ty, Michale, wspomniales o " szorowaniu mozdzkow". Ale dales sie chyba poniesc euforii wywolanej srednio-inteligenckim dopiskiem Macieja Konarskiego. On do dzis nie zauwazyl niestosownosci - Ty zauwazyles. I zrobiles co trzeba. Dziekuje.
O "europocentryzmie" jak i o calej polit-poprawnej nowomowie nalezy mowic i pisac jak najczesciej - bardzo latwo samemu w nia wsiaknac - znam to, niestety, z wlasnego doswiadczenia - jeszcze w latach 70-tych powtarzalem za tekstem Miedzynarodowki slogany o tym ze wyklety lud ziemi musi powstac. Wtedy bylo troche latwiej, bo procz oficjalnych piesni spiewalismy z kolegami na melodie hymnu radzieckiego :" Na ch** nam svoboda ruskiego naroda...", wiec jakos udawalo sie nam przewietrzyc mozgi. Dzis satyrycy dudnia juz w calkiem inna trabe.
Jeszcze raz namawiam do skorzystania z wiedzy i kompetencji Joanny w w/w temacie: wiekszosc zjawisk zwiazanych z manipulowaniem swiadomoscia poprzez jezyk odbywa sie w jezyku angielskim. Dotyczy to rowniez jezyka liturgi, Pisma Świetego jak i codziennosci. I ZAWSZE zaczyna sie od zdarzen niepozornych, poczatkowo uchodzacych za dziwaczne. Z czasem - to one uzyskuja status normalnosci - a my musimy udowadniac ze nie jestesmy wielbladami. Jeszcze nie tak dawno nazwanie Murzyna Murzynem bylo jedynie towarzyskim nietaktem. Dzis juz mozna trafic za to do wiezienia. |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|