3,23 miliarda USD - tyle zainwestowano w Polsce pod postacią bezpośrednich inwestycji zagranicznych w pierwszej połowie 2002 roku. Czy to dużo, czy mało? Jakie są z tego korzyści? Czy coś się zmieni po wejściu Polski do Unii Europejskiej?
Bezpośrednie inwestycje zagraniczne.
BIZ są formą transferu kapitału. Od połowy lat osiemdziesiątych ich rola gwałtownie wzrasta i obecnie są najpopularniejszą formą przemieszczania się kapitału, wartościowo przewyższając nawet inwestycje portfelowe (akcje, obligacje, itp.). W roku 2001 wartość BIZ wynosiła 735 mld USA, a rok wcześniej aż 1 491 mld USD. Największym inwestorem są Stany Zjednoczone. Największym odbiorcą inwestycji UE.
Bezpośrednie inwestycje zagraniczne dokonywane są w trzech formach; przejęcia istniejącej firmy, prywatyzacji, oraz inwestycji greenfield - wybudowania zakładu od podstaw. Dla kraju - importera inwestycji najkorzystniejsze są te ostatnie.
Do najważniejszych korzyści z inwestycji zagranicznych należy, wielokrotnie podnoszone przez polityków, tworzenie nowych miejsc pracy. Istotnie BIZ mogą w sposób wydatny przyczynić się do zwiększenia popytu na pracę, jednak w przypadku Polski postulat ten nie zawsze jest prawdziwy. Wynika to stąd iż większość inwestycji zagranicznych w Polsce to cały czas zakupy prywatyzowanych przedsiębiorstw. Dawne przedsiębiorstwa państwowe często obarczone były i są przerostem zatrudnienia. Zatem nowy właściciel w ramach restrukturyzacji zakładu dokonuje zwolnień. Bezdyskusyjnie do zmniejszenia bezrobocia przyczyniają się inwestycje typu greenfield, jednak jak dotąd w Polsce ich udział jest bardzo mały - około 10% i pierwsza połowa tego roku stanowi na tym polu chlubny wyjątek odznaczając się aż 25% udziałem inwestycji greenfield. 
Bez względu na formę inwestycji często wraz ze zmianą właściciela, lub wraz z nowym zakładem płyną do Polski nowe technologie i know how. Stare urządzenia i maszyny wymieniane są na nowsze, wprowadza się lepsze metody zarządzania, rośnie kultura pracy. W ten sposób podnoszona jest konkurencyjność przedsiębiorstwa, a z czasem i całej gospodarki. Wyjątek na tym polu stanowi prywatyzacja Telekomunikacji Polskiej, której usługi wyraźnie odstają od tych oferowanych przez firmę matkę; France Telecom. Jednak w tym przypadku głównym winowajcą jest słabo rozwinięta konkurencja na rodzimym rynku telekomunikacyjnym, która nie zmusza TP do podnoszenia jakości produktów.
Trzecim 'plusem' importu BIZ jest ich proeksportowy charakter. Firmy zagraniczne cechują się większą skłonnością do eksportowania dóbr i usług. W Polsce firmy z udziałem zagranicznym stanowią około 10% wszystkich firm, a odpowiadają za 56% realizowanego eksportu. Ewenementem na tym polu jest Irlandia, w której firmy zagraniczne realizują około 90% eksportu.
Obraz zysków z importu BIZ należy jeszcze uzupełnić o wyższy poziom zarobków w firmach z większościowym udziałem zagranicznym i o wyższe wpływy do budżetu z tytułu płaconych podatków.
Do biegu, gotowi, start!!
Jak wskazano inwestycje zagraniczne niosą ze sobą cały wachlarz różnorodnych korzyści. Nic dziwnego zatem, że państwa pragną przyciągnąć do siebie jak najwięcej takich inwestycji i dochodzi między nimi do konkurencji na tym polu. W przypadku państw Unii Europejskiej ramy rywalizacji pomiędzy państwami członkowskimi wyznacza ustawodawstwo unijne, w szczególności dotyczące polityki konkurencji. Reguły obejmujące ewentualną pomoc państwową i wachlarz ulg, oraz zwolnień są dla wszystkich państw jednakowe. Wyjątek, i to dość znaczny stanowią regiony gorzej rozwinięte. Dla inwestorów prowadzących działalność w tych regionach UE przewidziała szeroką pomoc państwową obejmującą m.in.: dofinansowywanie prac badawczych i rozwojowych, współfinansowanie szkoleń pracowników i tworzenia nowych miejsc pracy. Głównym celem tak rozumianej pomocy jest przyciąganie większych inwestycji do mniej rozwiniętych obszarów i w ten sposób osiągnięcie większej spójności ekonomicznej między poszczególnymi regionami.
Z pomocy unijnej w największym stopniu skorzystały Irlandia i Hiszpania. Te dwa kraje w odróżnieniu od Grecji i Portugalii, będąc wyraźnie zacofane gospodarczo zdołały przyciągnąć do siebie miliardy euro nowych inwestycji. Irlandia w całości oraz większa część Hiszpanii zostały zakwalifikowane jako regiony gorzej rozwinięte. To umożliwiło rządom tych państw korzystanie z unijnych pieniędzy przy obsłudze nowych inwestycji.
Przypadek Irlandii wbrew potocznej opinii nie potwierdza cudotwórczej mocy unijnych pieniędzy. Choć Irlandia była największym beneficjentem unijnej pomocy w relacji do liczby mieszkańców to nie ona przesądziła o sukcesie Celtyckiego Tygrysa. Irlandia przystąpiła do UE w 1973 roku, ale jeszcze w 1985 była krajem bardzo zacofanym, dodatkowo stojącym w obliczu kryzysu zadłużeniowego. Dopiero w 12 lat od wejścia do Unii Europejskiej irlandzka maszyna wskoczyła na wyższy bieg. Po uzdrowieniu finansów publicznych obniżono podatki oferując zagranicznym inwestorom bezkonkurencyjną (wtedy i dzisiaj) stopę opodatkowania w wysokości 10%. Inwestorzy, w większości z USA zaczęli walić drzwiami i oknami. Dziś w firmach zagranicznych pracuje prawie 60% ogółu zatrudnionych. Firmy zagraniczne realizują 90% eksportu kierowanego w większości na rynek europejski. Za irlandzkim sukcesem stał dostęp do jednolitego europejskiego rynku, niskie opodatkowanie przedsiębiorstw zagranicznych i język angielski, którym posługują się wszyscy Irlandczycy. W 3,7 milionowej Irlandii w 2000 roku BIZ wyniosły 8,8 miliarda euro.
Hiszpania korzystała z unijnej pomocy w nie mniejszym niż Irlandia stopniu, a ze względu na swa wielkość dostała najwięcej środków. Jednak również Hiszpanie w dziedzinie bezpośrednich inwestycji musieli czekać na pozytywne efekty z integracji przez wiele lat. Przystąpili w roku 1986, ale wyraźny wzrost inwestycji nastąpił dopiero pod koniec lat 90-tych. Przez całe lata dziewięćdziesiąte BIZ w Hiszpanii, z wyjątkiem lat 1995 - 1997 nie schodziły poniżej 7 miliardów euro. Od 1998 zaczął się ich gwałtowny wzrost. W 2000 roku w Hiszpanii zainwestowano 40,7 miliarda euro. Również w przypadku Hiszpanii największym inwestorem są Stany Zjednoczone. Na korzyść Hiszpanii przemawiają 39 milionowy rynek oraz dynamicznie rozwijająca się gospodarka (4,1% w 2000r., 2,8% w 2001, 2,1% w 2002).
Polacy nie gęsi..?
Jak na tle Hiszpanii i Irlandii prezentuje się Polska? Mizernie. Co prawda zawsze możemy się pocieszać, że mogło być gorzej, bo jednak inwestorzy zostawili u nas 3,2 miliarda, choć nie musieli, ale nie w tym rzecz. W zasadzie Polska tylko przez trzy lata (1998 - 2000) cieszyła się przychylnym okiem zagranicznego kapitału. Wówczas inwestycje wynosiły odpowiednio 9,6 i 7,9 i 10 miliardów dolarów. Polska cały czas stanowi głównego odbiorcę inwestycji w regionie, ale w przeliczeniu na mieszkańca (184,9 USD) zostajemy daleko z tyłu za Węgrami i Czechami (odpowiednio 242,7 USD i 478,5 USD). 
Co odpowiada za taki stan rzeczy. Z pewnością gorsza koniunktura gospodarcza, lecz nie tylko. W Polsce nie istnieje w zasadzie polityka przyciągania inwestycji; cały wysiłek skupia się na przeprowadzeniu kolejnych prywatyzacji, a na tym polu najlepsze perełki zostały już sprzedane. Nie ma w Polsce agencji zajmującej się przyciąganiem inwestycji, bo za taką nie można uznać bardzo ograniczoną kompetencyjnie i finansowo Polską Agencję Inwestycji Zagranicznych. W Irlandii rolę taką pełni Investment and Development Agency, u naszych południowych sąsiadów jest CzechInvest, a w Hiszpanii specjalnie wydzielony departament Ministerstwa Gospodarki. Jeżeli dodać do tego spory pomiędzy władzą centralną a samorządową (jak w przypadku Toyoty w Dąbrowie Górniczej) i 'sprawność' naszej administracji uzyskujemy pełny obraz.
Czy wejście do UE coś tu zmieni? Niewiele; zostaniemy co prawda zakwalifikowani jako regiony słabo rozwinięte, lecz przykład specjalnych stref ekonomicznych, które oferowały równie korzystne lub nawet korzystniejsze warunki wskazuje, że cudów nie będzie. Cały czas będziemy musieli liczyć się z naszymi najbliższymi konkurentami; Czechami, Węgrami, Litwą, Estonią.
Jeżeli nie pomożemy sobie sami nikt nam nie pomoże.. Być może wzorem Hiszpanii i Irlandii będzie musiało i u nas upłynąć kilkanaście lat nim zaistniejemy na inwestycyjnej mapie świata. Patrząc z tego punktu widzenia naprawdę cieszmy się, że zainwestowano u nas aż 3,23 miliarda USD. Mogło być przecież gorzej.
Filip Topolewski
Autor jest członkiem Młodego Centrum, magistrem ekonomii, kierunku Międzynarodowe Stosunki Gospodarcze i Polityczne. (absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie). Gości na naszych łamach dzięki długoletniej przyjaźni z członkiem poznańskiego KoLibra - Łukaszem Szmitem.
|