Do napisania artykułu na stronę KoLibra właśnie dziś i na ten temat skłoniły mnie wydarzenia ostatnich dni. Mam tu na myśli narastającą aktywność związków zawodowych, czterodniowy tydzień pracy w FSO - Daewoo i pobicie w Szczecińskiej Odrze. Obawiam się, że wzrost bezrobocia może doprowadzić do zdarzeń, które miały już miejsce w historii. Sięgam do pracy, którą napisałem jeszcze będąc uczniem Technikum Elektronicznego opartą na źródłach, których teraz sobie nie przypomnę. Chcę zwrócić uwagę na problemy nam towarzyszące z perspektywy historii, tej dawniejszej i nam współczesnej.
W procesach produkcyjnych uczestniczą ludzie oraz środki pracy i przedmioty pracy. Ważnym czynnikiem, określającym możliwości produkcyjne przedsiębiorstwa i wpływającym decydująco na poziom wydajności pracy są środki pracy, tj. maszyny, urządzenia, budynki, narzędzia itp. Środki pracy występują pod postacią środków trwałych (te środki pracy oraz przedmioty i urządzenia długotrwałego użytkowania, które mogą funkcjonować dłużej niż rok, a ich wartość przekracza określoną w ustawie wartość). Majątek trwały przedsiębiorstwa składa się zatem z pojedynczych środków trwałych, zwanych obiektami inwentarzowymi. Każdy obiekt stanowi oddzielną całość i spełnia określoną rolę w procesie produkcji i usług. Jest on jednostką odniesienia w systemie klasyfikacji i ewidencji majątku trwałego. Wśród wielu decyzji podejmowanych w procesie
gospodarowania majątkiem trwałym podstawowe znaczenie mają te, które odnoszą się do zmiany jego wielkości oraz sposobu wykorzystania. Decyzje te dotyczą wszystkich dziedzin gospodarki środkami trwałymi, jednak najważniejszą rolę odgrywają eksploatacja urządzeń, organizacja działalności inwestycyjnej oraz remonty i konserwacja. Celem organizacji pracy jest wybór optymalnego wariantu organizacyjnego, uwzględniającego osiągnięcia nauki i techniki oraz przodujące doświadczenia.
Zasoby środków trwałych regulowane są przez inwestycje, likwidację i sprzedaż. Celem inwestycji jest stworzenie lub nabycie nowych obiektów oraz rekonstrukcja i odbudowa istniejących, co pozwala na powiększenie możliwości produkcyjnych przedsiębiorstwa. Likwidacja oznacza wycofanie na stałe środka trwałego z eksploatacji i przeznaczenia go na złom lub rozbiórkę. W formie sprzedaży zbywa się zbędne, nie wykorzystane obiekty. Na wykorzystanie środków trwałych wpływają decyzje dotyczące uruchomienia i czasu pracy maszyn i urządzeń, ich rozmieszczenia, przydziału zadań oraz usprawnień niewymagających dużych nakładów finansowych. Wszystkie te procedury określają różnego rodzaju obliczenia, rachunki ekonomiczne, które leżą w gestii ekonomii i pochodnych działów.
W dalszej części zwrócę uwagę na historię i teraźniejszość uprzemysłowienia różnych gałęzi gospodarki oraz na zachowania robotników i teorie ukuwane na ich użytek.
Do najbardziej żywotnych błędów ekonomicznych należy przekonanie, że maszyny w ostatecznym rachunku wywołują bezrobocie. Tysiące razy obalany, odradzał się tysiące razy z własnych popiołów, za każdym razem równie śmiały i rześki. Zawsze, gdy dochodzi do długotrwałego masowego bezrobocia, maszyny oskarża się na nowo-wydając zaocznie wyrok skazujący.
Przekonanie, że maszyny wywołują bezrobocie - jeśli się je utrzymuje z troską o dostateczną logiczną spójność - prowadzi do niedorzecznych konsekwencji. Bowiem nie tylko my dziś wywołujemy bezrobocie każdym wprowadzaniem ulepszonych technologii, ale musiał je wywoływać człowiek pierwotny, gdy podejmował pierwsze próby, by oszczędzić sobie zbędnego trudu. Aby nie cofać się dalej w przeszłość, sięgnijmy do opublikowanego w 1776 roku dzieła o ogólnych zasadach ekonomii pt. 'Badania nad naturą i przyczyną bogactwa narodów' autorstwa Adama Smitha. Pierwszy rozdział tej znakomitej książki nosi tytuł 'O podziale pracy', a na jego drugiej stronie autor mówi nam, że nie obeznany z użyciem maszyny robotnik zatrudniony przy produkcji szpilek 'potrafiłby może z trudnością zrobić jedną szpilkę dziennie, ale z pewnością nie zrobiłby dwudziestu', natomiast za pomocą maszyny mógł ich zrobić 4.800 ! Tak więc już w czasach A. Smitha maszyny - niestety - na każdego robotnika, który wytwarzał szpilki pozbawiały pracy 240 do 4.800 innych. Jeśli zatem jedynym skutkiem wprowadzenia maszyn jest pozbawienie ludzi pracy, to w branży produkcji szpilek powstało bezrobocie wynoszące 99,98 %. Czy sytuacja mogłaby być bardziej czarna?
Mogłaby być, gdyż rewolucja przemysłowa przeżywała dopiero swoje dziecięce lata. Spójrzmy na przykład, co zdarzyło się w przemyśle dziewiarskim. Gdy wprowadzono nowe krosna pończosznicze, pracujący ręcznie robotnicy zniszczyli je, spalono domy wynalazców i zmuszono do ucieczki grożąc śmiercią.
Otóż trzeba sobie uświadomić, że o tyle, o ile buntownicy myśleli o swojej własnej przyszłości- bezpośredniej, a nawet bardziej odległej- ich opór był racjonalny. Większość z zatrudnionych przy produkcji pończoch angielskich dziewiarzy i ich rodzin przez drugą połowę XIX wieku nie uwolniła się w pełni od głodu i nędzy wywołanych wprowadzeniem maszyn. Jednak jeśli buntownicy uważali - a niewątpliwie takich była większość - że maszyny na trwałe zajmą miejsce ludzi, byli w błędzie, ponieważ przed końcem tego wieku przemysł dziewiarski zatrudniał przynajmniej 100 ludzi na każdego człowieka, który pracował na początku wieku.
Arkwright wynalazł swoją maszynę - przędzalnię bawełny w 1760 roku. W tym czasie szacowano, że w Anglii 5.200 robotników przędło bawełnę za pomocą kołowrotków, było też ok. 3.000 tkaczy. Wynalazek Arkwright'a wywołał opór spowodowany obawą, że pozbawi on pracowników środków do życia; stłumiono go siłą. Jednak 27 lat po tym, jak ujrzał światło dzienne przeprowadzone przez parlament badania wykazały, że liczba osób zatrudnionych przy przędzeniu i tkaniu bawełny zwiększyła się z 8.200 do 320.000 !, a więc wzrost wyniósł 4.400 %. Inne dane z tego okresu to dane pochodzące z Biura Statystycznego w Berlinie. Łączną moc maszyn parowych, które w 1887 roku istniały i pracowały na całym świecie szacowano na równą mocy 200.000.000 koni, co mniej więcej odpowiada 1 mld. ludzi - czyli liczbie przynajmniej trzykrotnie przekraczającej zdolną do pracy część ludności całego globu!
Podczas kryzysu 1932 roku zabawa w oskarżanie maszyn o to, że wywołują bezrobocie, zaczęła się raz jeszcze. W ciągu kilku miesięcy po USA rozprzestrzeniły się grupy, które nazywały siebie 'technokratami'. Nie będziemy zajmować się przytaczaniem podawanych przez nich fantastycznych liczb ani też prostowaniem ich błędów i wyjaśnianiem, jak rzeczy naprawdę się miały. Wystarczy powiedzieć, że 'technokraci' powrócili do błędnego poglądu, iż maszyny trwale wypierają ludzi. Na dodatek wyznawali go w całej jego przyrodzonej czystości - z tym tylko wyjątkiem, że w swej niewiedzy przedstawiali ten błąd jako własne, nowe i rewolucyjne odkrycie. Była to po prostu jeszcze jedna ilustracja aforyzmu Santay'a: 'Ludzie, którzy nie potrafią zapamiętać przeszłości, skazani są na to, by ją powtarzać'.
'Technokraci' zostali ostatecznie wyśmiani i wszelki słuch o nich zaginął; a jednak doktryna, która ich poprzedziła nadal pokutuje. Ujawniła się w setkach przepisów 'zwiększających' ilość miejsc pracy ( w Polsce zwłaszcza w ostatnich 55-ciu latach) np. w USA różne związki elektryków w Nowym Yorku odmówiły instalowania urządzeń elektrycznych wyprodukowanych poza stanem Nowy York (był rok 1941). Ale taki opór wobec innowacyjności stawiają nie tylko ekonomiczni analfabeci. Nie dalej jak w 1970 roku ukazała się książka pewnego Szweda, Gunnara Myrdala pt. 'Przeciw nędzy na świecie. Zarys światowego programu walki z nędzą', za którą dostał nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii. W książce tej sprzeciwiał się wprowadzeniu automatyzacji; maszyn oszczędzających pracę w krajach niedorozwiniętych gospodarczo - na tej podstawie, że 'zmniejszają popyt na pracę'!!!
Logiczną konsekwencją tego stanowiska byłby pogląd, że aby osiągnąć możliwie największą liczbę miejsc pracy, należy uczynić ją tak nie wydajną i nieproduktywną, jak tylko się da. Wynika stąd, że zbuntowani angielscy luddyści, we wczesnych latach XIX wieku niszczący krosna i parowe warsztaty tkackie, w gruncie rzeczy postępowali słusznie.
Można byłoby usypać całe góry liczb wskazujących, jakie błędy technofobowie popełniali w przeszłości. Ale nic to nie da, dopóki jasno nie zrozumiemy, dlaczego byli oni w błędzie. Statystyka i historia są bowiem dla ekonomii bezużyteczne, jeśli nie towarzyszy im zasadniczo zrozumienie faktów na drodze dedukcyjnej - co w naszym przypadku oznacza zrozumienie, dlaczego w przeszłości musiały się pojawiać takie właśnie a nie inne konsekwencje wprowadzenia maszyn i innych narzędzi oszczędzających pracę. W przeciwnym wypadku technofobowie będą twierdzili (co też istotnie czynią, gdy wskazuje się im, że proroctwo ich poprzedników okazało się absurdalne): 'To wszystko mogło bardzo łatwo zdarzyć się w przeszłości, ale dzisiejsze warunki są zasadniczo odmienne, dziś po prostu nie możemy sobie pozwolić, by nadal rozwijać zastosowanie maszyn oszczędzających pracę'.
Gdyby rzeczywiście było prawdą, że wprowadzenie takich maszyn jest przyczyną bezrobocia i nędzy, należałoby wyciągnąć z tego logiczne konsekwencje - rewolucyjne nie tylko w dziedzinie techniki, ale dla całego naszego pojęcia cywilizacji. Trzeba byłoby uznać za przekleństwo nie tylko przyszły postęp ale ten, który dokonał się w przeszłości.
Codziennie każdy z nas stara się ograniczyć wysiłki, jakich wymaga osiągnięcie zamierzonych celów. Każdy pracodawca, zarówno mały, jak i wielki, stale usiłuje uzyskać wyniki w sposób bardziej oszczędny i wydajny - tzn. oszczędzający ludzką pracę. Każdy inteligentny robotnik stara się ograniczyć wysiłek jakiego wymaga wykonanie wyznaczonej mu pracy. Najbardziej ambitni spośród nas próbują bez dodatkowego wysiłku poprawić wyniki, których osiągnięcie zajmuje nam określoną liczbę godzin. Gdyby technofobowie dbali o logikę i spójność, musieliby przekreślić cały postęp i wynalazczość jako nie tylko bezużyteczne ale i niebezpieczne. Dlaczego przewozi się np. węgiel z Górnego Śląska do Szczecina? - skoro moglibyśmy zatrudnić olbrzymią, o wiele większą liczbę ludzi, aby przenieśli go na plecach.
Teorii równie fałszywych jak ta nigdy nie utrzymuje się w sposób logicznie spójny, ale czynią one wielka szkodę już przez sam fakt, że w ogóle powstają.
Spróbujmy więc sobie uświadomić dokładnie, co dzieje się w związku z wprowadzeniem udoskonaleń technicznych i maszyn oszczędzających pracę. Szczegóły mogą się różnić w każdym przypadku, zależnie od konkretnych warunków panujących w danej gałęzi przemysłu czy w danym czasie. Rozważmy przykład uwzględniający główne możliwości.
Załóżmy, że wytwórca dowiaduje się, iż istnieje maszyna, która pozwala produkować męski i damskie płaszcze, zużywając przy tym połowę tej ilości pracy, jaka była potrzebna wcześniej. Instaluje więc owe urządzenia i zwalnia połowę swych pracowników.
Na pierwszy rzut oka wygląda to na stratę miejsc pracy. Ale sama maszyna wymaga pracy, gdyż trzeba ją wyprodukować; tak więc mamy już jeden zysk w postaci miejsc pracy, których w innym przypadku by nie było. Natomiast wytwórca zastosuje maszynę wówczas, gdy będzie mogła produkować lepsze ubrania przy kosztach większych o cenę połowy pracy albo takie same, za to przy niższych.
Pierwszym efektem wprowadzenia maszyn i urządzeń produkcyjnych będzie wzrost zatrudnienia; dzieje się tak dlatego, gdyż zazwyczaj wytwórca ubrań oczekuje, że zastosowanie maszyny pozwoli mu zaoszczędzić pieniądze dopiero na dłuższą metę: może minąć kilka lat zanim inwestycja 'spłaci' się.
Gdy takie działanie doprowadzi do oszczędności wystarczających, by jego koszt się zwrócił, wytwórca odzieży będzie miał większe zyski niż poprzednio. Możemy założyć, że sprzedaje je w tej samej cenie co konkurenci. Może się wobec tego wydawać, że w ostatecznym rachunku pracownicy cierpią z powodu straty miejsc pracy, podczas gdy zyskuje właściciel fabryki. Ale właśnie ze względu na te nadzwyczajne zyski, najprawdopodobniej wyda je na jeden ze sposobów: rozszerzy swą działalność zakupując więcej maszyn, aby produkować więcej płaszczy, zainwestuje w jakąś inną gałąź gospodarki, wyda na zwiększenie własnej konsumpcji. Każdy dolar, który zaoszczędzi z kwoty przeznaczanej na bezpośrednie płace dla osób poprzednio zatrudnionych musi wypłacić pośrednio - płace dla tych, którzy produkują maszyny, samochody, domy czy cokolwiek zakupi. Istnieje jednak inny aspekt tego zjawiska. Jeśli ów przedsiębiorczy wytwórca wprowadza oszczędności większe niż jego konkurenci, to albo zacznie rozszerzać swoją działalność ich kosztem, albo oni zaczną wprowadzać również nowe technologie. I znów zwiększy się ilość miejsc pracy dla robotników produkujących maszyny. Ponadto konkurencja i produkcja zaczną ściągać w dół ceny płaszczy. Ci którzy zainstalują maszyny nie będą mieli już wielkich zysków. Stopa zysku wytwórców zacznie spadać; oszczędności zaczną się stawać udziałem nabywców płaszczy - konsumentów.
Ale płaszcze są teraz tańsze, więcej ludzi je kupuje. Oznacza to z jednej strony, że potrzeba mniej ludzi do wyprodukowania tylu płaszczy co przedtem, ale z drugiej strony wytwarza się ich więcej. Jeśli popyt na płaszcze jest jak nazywają go ekonomiści 'elastyczny' ( tzn. jeśli spadek ceny powoduje, że łącznie wydaje się na nie więcej pieniędzy niż poprzednio ) wtedy nawet przy produkcji płaszczy można zatrudnić więcej ludzi niż przed wprowadzeniem automatyzacji.
Nowe zatrudnienie nie musi zależeć od elastyczności popytu. Załóżmy, że cena spadła z 450 do 300 nie sprzedano ani jednego płaszcza więcej. Skutek będzie taki, że podczas gdy konsumenci będą zaopatrywani w taką samą ilość tego artykułu co poprzednio, każdemu nabywcy zostanie 150, których wcześniej nie mógł odłożyć. Wniosek jest jeden: maszyny, udoskonalenia techniczne, automatyzacja, oszczędności i wydajność w ostatecznym rachunku nie pozbawiają ludzi pracy.
Oczywiście są niezadowoleni, ci którzy ponoszą bezpośrednie koszty postępu przemysłowego i ekonomicznego. Ktoś przecież stracił inwestycje w siebie, w swoje dotychczasowe umiejętności. Był wykwalifikowanym robotnikiem i otrzymywał płacę jemu należną. Teraz w jednej chwili stał się robotnikiem, który dostaje pensję robotnika niewykwalifikowanego.
Pytanie, co konkretnie powinniśmy zrobić z tym człowiekiem, czy dać mu odprawę lub rekompensatę, czy też przekwalifikować na koszt rządu by mógł podjąć nową pracę poprowadziłoby nas poza kwestię którą objaśniamy.
Wykorzystanie czasu pracy i programy poprawy tzn. 'rozkładania pracy' są dziś nadal aktualne, zwłaszcza we Francji ale również w Polsce (patrz FSO- Daewoo). Rozróżniamy dwa projekty związkowe (rządowe) 'nowych miejsc pracy'. Jeżeli skrócimy podstawowy tydzień pracy z 40 h do 30 h bez żadnej zmiany stawki za godzinę lub drugi polegający na takim samym skróceniu tygodnia ale ze wzrostem stawki za godzinę aby ci co już pracują zarabiali tyle samo co poprzednio.
Pierwszy projekt będzie realizowany w warunkach poważnego bezrobocia, niewątpliwie da on dodatkowe miejsca pracy. Moglibyśmy przyjąć, że dostarczy ich w dostatecznej ilości by utrzymać dotychczasowe łączne wypłaty i tę samą liczbę roboczogodzin co uprzednio, tylko w nieprawdopodobnym założeniu, iż w każdej gałęzi procent bezrobotnych jest dokładnie taki sam, każdy zaś nowy pracownik wykonuje swoje zadanie ze średnią wydajnością nie mniejszą niż ci którzy są już zatrudnieni. Więc nawet przy tych założeniach widzimy, że chociaż zatrudnimy więcej pracowników, każdy będzie pracował przez mniejszą liczbę godzin. Mało prawdopodobne by nastąpił wzrost produkcji. Po za tym siła nabywcza i wypłaty nie zwiększą się. Pracownicy wcześniej zatrudnieni będą subsydiowali tych, nowo zatrudnionych. Bowiem aby każdy z nowo zatrudnionych otrzymywał co tydzień 3 z tego co wcześniej dostawali dotychczasowi pracownicy oni sami będą dostawać 3 tego co mieli wcześniej. Prawdą jest, że będą pracować mniej, ale czy dobrowolnie zgodziliby się kupić 10 godzin w tygodniu za 1 pensji tygodniowej?
Przywódcy związków zawodowych, którzy domagają się krótszego tygodnia pracy są świadomi tego czego żądali w pierwszej propozycji i dlatego idą dalej, ze swoimi projektami - nadając im postać, w której zakłada się, że każdy zje swoje ciastko i będzie miał je nadal. Skróćmy tydzień pracy z 40 h do 30 h, mówią nam, aby więcej było miejsc pracy, jednak wyrównajmy to podnosząc stawkę płacy za godzinę o 33,33 %. Powiedzmy, że zatrudnieni wcześniej zarabiali 226 $ tygodniowo za 40 h, aby mogli dostawać nadal tą kwotę za 30 h średnią stawkę za godzinę należy podnieść do powyżej 7,53 $.
Konsekwencje takiej operacji są takie:- Wzrost kosztów produkcji
- Poprzednia liczba pracowników mogła dostawać więcej pieniędzy
- Gdyby pracownicy dostawali za 40 h tak wysokie wynagrodzenie na jakie pozwalają koszty produkcji i ceny ( a przecież wysokie bezrobocie na, które szuka się lekarstwa, może być sygnałem, że otrzymują nawet więcej) to wzrost kosztów produkcji w wyniku wynoszącej 1/3 podwyżki stawki godzinowej byłby o wiele za duży by dało się go utrzymać, przy aktualnym stanie produkcji i kosztów.
- Skutkiem wyższej stawki godzinowej będzie więc bezrobocie o wiele wyższe niż poprzednio.
- Wyższe koszty produkcji i niedostateczna podaż będą podnosić ceny.
- Pracownicy będą mogli mniej kupić
- Jeżeli będzie się prowadzić politykę inflacyjną, by umożliwić cenom wzrost do wysokości stawki jaka pozwoli zapłacić więcej pracownikom będzie to sposób na ukrycie realnych płac także nastąpi - w rozumieniu dóbr, które można kupić - powrót do tej samej stawki co poprzednio...
Ilość pracy do wykonania nie ma granic - tak długo jak pozostanie choć jedna ludzka nie spełniona potrzeba lub pragnienie, które można zaspokoić pracą.
Niezwykle ważna jest organizacja pracy i ekonomiczne wykorzystanie czasu pracy. Od tego min. zależy obniżenie kosztów własnych produkcji, wzrost produkcji oraz polepszenie jakości.
Dziś nie brakuje wszelkiego rodzaju 'luddystów', 'technokratów', 'zrównywaczy' oraz 'rozkładaczy' czasu pracy. Na pytanie w tytule nie odpowiem bo nie chcę być złym prorokiem. Natomiast czy skala wpływu i sposoby działania owych obrońców robotników - naszych czasów przybiorą skrajne formy, czy co być może bardziej wyrafinowane zobaczymy na własne oczy bo to my będziemy świadkami historii dalszej ewolucji na naszym globie.
|